Gracze wybrali ESL Pro League zamiast PEA, ale nie ma z czego się cieszyć

Koniec afery związanej z PEA. Gracze oficjalnie zagłosowali za grą w ESL Pro League i zrezygnowali ze wspaniałej ligi, którą zorganizowali im właściciele ich organizacji. Można ze spokojem odetchnąć – świat został uratowany! Nie będzie nam właściciel pluł w twarz i wybierał, gdzie mamy grać. Ale czy rzeczywiście?

Jack Etienne, właściciel Cloud9, potwierdził dzisiaj na Twitterze, że gracze zrzeszeni w PEA zagłosowali i opowiedzieli się za grą w ESL Pro League. Sytuacja od początku budzi we mnie spore wątpliwości. Prawdę mówiąc, to trudno mi się opowiedzieć po którejś ze stron. Czuję się bowiem, jakby miał wybierać między ciosem w klejnoty, a słuchaniem disco polo. Przyznacie, że to wybór szalenie trudny.

Ale jak to?

Jak można nie stać po stronie graczy? Przecież dziadki zza biurek chciały decydować o tym, gdzie będą grać e-sportowcy. Oburzające! Tylko, że to połowa prawdy. Sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Weźmy pod lupę tradycyjny sport, np. piłkę nożną. Piłkarze podpisują kontrakt z klubem. Zespół na prawo do korzystania z jego wizerunku w reklamach. Zarząd klubu decyduje, w jakich rozgrywkach drużyna weźmie udział. Normalne, prawda? To czemu w przypadku e-sportu i CS:GO normalne już nie jest?

Wszyscy na prawo i lewą pięknie opowiadają o tym, jak e-sport się profesjonalizuje. Pojawiają się nawet plany uznania e-sportu za sport i dodanie go do planu Igrzysk Olimpijskich. Przepraszam bardzo, ale do profesjonalizmu to im jeszcze daleko. Żaden sportowiec nie odważyłby się kwestionować tego, gdzie ma grać jego klub. Żaden nie sprzeciwiałby się właścicielom, gdy wolałby zagrać mecz towarzyski z PSG, a nie Hebei China Fortune. W końcu lepiej jechać do Paryża niż do Qinhuangdao. Traktujemy to jako coś normalnego, prawda? To czemu w przypadku e-sportu i CS:GO normalne już nie jest?

Ale nie zrozumcie mnie źle

Nie bronię PEA. Uważam, że rozegrali całą sprawę w najgorszy, możliwy sposób. Aż dziw bierze, że tak doświadczeni przedsiębiorcy są tak fatalni w działaniach PR-owych lub zatrudniają tak słabe agencje marketingowe. W pierwszej kolejności nie powinni stawiać graczy przed wyborem – albo PEA, albo ESL Pro League. Walka z jednym z najbardziej znanych i cenionych organizatorów turniejów e-sportowych musiała zakończyć się porażką. Poza tym ludzie w naturze mają skłonność do sprzeciwiania się temu, który stawia ultimatum.

Z drugiej strony, po części rozumiem PEA. Chcieli dobrze. Pragnęli stworzyć lepszą, większą i bardziej dochodową ligę niż ESL Pro League. Wszyscy mieli być zadowoleni. Szkoda, że popełnili przy tym tak wiele błędów, że liga finalnie nie powstanie, przynajmniej w najbliższych miesiącach. Byłaby to bardzo ciekawa inicjatywa, która może kiedyś zostanie reaktywowana. Jeśli tak, to na pewno pod inną nazwą, bo teraz PEA jest czarną owcą e-sportowego świata i nic już tego nie zmieni.

Na koniec mam apel – przestańmy mówić o tym, że e-sport się profesjonalizuje. Nie, nie profesjonalizuje się. Po prostu pojawia się w nim coraz więcej pieniędzy. Do profesjonalizmu jeszcze BARDZO daleko!